Nie zamierzam pisać o Traktacie Reformującym czy Karcie Praw Podstawowych, gdyż kwestia ratyfikacji tych dokumentów została skomentowana chyba przez wszystkie środowiska związane z szeroko pojętą prawicą i jeżeli wejdziecie Państwo na stronę jakiejkolwiek organizacji konserwatywnej, wolnorynkowej czy narodowej, to na 90% znajdziecie jakiś artykuł poświęcony temu problemowi.

Ja natomiast z perspektywy działacza Sekcji Młodzieżowej UPR zwróciłem uwagę na zupełnie inny aspekt, który szczególnie uwypuklił się właśnie w związku z „Traktatem”. Każdy z Państwa sympatyzuje z którąś z tzw. prawicowych organizacji i na pewno widział zaangażowanie tejże w kwestii Eurokonstytucji[1] chociażby w formie krótkiego artykułu na ten temat. Kilka organizacji – szczególnie młodzieżowych – podjęło się tzw. akcji bezpośrednich, czyli demonstracji, rozdawania ulotek czy rozlepienia plakatów. Sam brałem udział w kilku z nich i jako świadek doszedłem do paru wniosków. Może faktem jest, że znacząca część współczesnej młodzieży jest nihilistyczna (przynajmniej politycznie) i tym bardziej są jej obce wartości patriotyzmu i niepodległości, ale istnieje również grupa osób czujących potrzebę działania, która uwydatnia się szczególnie w tak istotnych momentach jak na przykład 13. grudnia 2007 roku. Są oni porozbijani w różnych organizacjach, podzieleni ideowo, politycznie czy personalnie lub nawet nie zrzeszeni, acz gotowi do wzięcia udziału we wspólnej akcji, gdyby się takowa odbyła. Gdy patrzę z dystansem, to widzę (na przykładzie Warszawy) spory kapitał ludzki, który zjednoczony mógłby osiągnąć dużo więcej. Wielu teraz błędnie myśli: „o! kolejny marzyciel, który chciałby zbudować silną prawicę…” Nic podobnego! Nie zamierzam tu pisać bajek o pojednaniu prawicy (czego również proszę nie odbierać jako akt politycznego defetyzmu), lecz mam po prostu na myśli połączenie sił w momentach kluczowych, kiedy podziały nie grają roli. Gdy obserwowałem i uczestniczyłem w akcjach sprzeciwu wobec Eurokonstytucji, nasunęły mi się jedno zasadnicze pytanie: czemu działamy w takim odosobnieniu?! Gdyby odsunąć na bok te wszystkie konflikty i interesy, zebrać się w silną grupę powiedzmy dwustu osób i zrobić dwie porządne demonstracje, to osiągnięto by dużo większy efekt niż poprzez rozdawanie ulotek w kilka osób. Każdy przyzna mi rację, że pikieta pięciu osób uzbrojonych w transparent, flagę i plik ulotek wygląda co najmniej śmiesznie. Ale już dużo lepsze wrażenie robi grupa pięćdziesięciu osób. Należy przy tym zauważyć nastawienie potencjalnych uczestników: im usłyszą większą liczbę biorących udział, tym większe prawdopodobieństwo, że sami się zaangażują. W stolicy funkcjonuje bardzo wiele środowisk i gdyby ktoś krzyknął: „zbieramy się o 12.00 pod pałacem prezydenckim, weźcie flagi i transparenty”, przekazał tą informację ludziom z różnych organizacji, to może ponad podziałami wywiązałaby się wspólna akcja. Może na chwilę zaistnielibyśmy w mediach, a przecież sekunda obecności w telewizorze da dużo więcej niż godzina rozdawania ulotek. Aby taka sytuacja mogła zaistnieć w przyszłości, wydaje mi się, że potrzeba dwóch czynników. Pierwszy to pojawienie się osoby, która byłaby rozpoznawana, cieszyłaby się jako takim autorytetem i potrafiła tak „ekumenicznie” skrzyknąć te wszystkie środowiska na parę godzin (co w dobie internetu sprowadza się do napisania kilku e-maili). Drugim czynnikiem jest natomiast zmiana mentalności członków poszczególnych organizacji. Pokutuje chyba wszędzie to chore zacietrzewienie przejawiające się w wypowiedziach typu: „my z tymi socjalistami / liberałami / radykałami / karierowiczami nigdzie nie pójdziemy”, które wydają się być mocno absurdalnymi, gdy chodzi o suwerenność narodu.
Jeżeli te podziały choć na chwilę znikną, to możliwe będzie w przyszłości (może nawet tej najbliższej: głosowanie nad TR w Sejmie) podjęcie jakiejś wspólnej akcji, czego życzę sobie i wszystkim, dla których istnieje coś więcej ponad własne, partykularne interesy.
Piotr A. Wojdak
[1] używam pojęć „Traktatu Reformującego” i „Eurokonstytucji” wymiennie, gdyż niczym się nie różnią co świetnie wykazał pan Robert Gwiazdowski czy Jens Peter Bonde
grudzień 14, 2007 o 12:10 am |
Dobrze, że Wojdak podniosłeś ten temat. Też jestem zwolennikiem tworzenia jak najszerszych sojuszy taktycznych jeżeli chodzi o tak kluczowe kwestie. Sądzę jednak, że należy wypracowac jakąś formułę, w której będziemy ustalali reguły współpracy, przebieg manifestacji, tematów jakie podnosimy na konkretnej i podział obowiązków….żeby to nie były takie Ad hoc zbiorowiska różnych środowisk ….
grudzień 15, 2007 o 6:06 pm |
Poprawcie tylko to “zatrzeczewienie” na “zacietrzewienie” i będzie spoko
grudzień 16, 2007 o 11:13 pm |
Dobrze pisze, kolejka dla tego Pana!
Ad. robakk
“należy wypracowac jakąś formułę, w której będziemy ustalali reguły współpracy”
No jeśli chodzi o reguły współpracy to niedościgniony wzór jest tutaj:
))
http://www.debata.koliber.org/regulamin.html
Tak na serio to IMHO tego typu rzeczy nie da się zaprojektować, to musi o r g a n i c z n i e dojrzeć nie ponad, a pośród różnych środowisk.
grudzień 18, 2007 o 5:23 am |
A jakieś konkrety?
grudzień 18, 2007 o 11:26 am |
Jak na stowarzyszenie “konserwatystów i libertarian” to strasznie rozbudowany ten regulamin Kolibra }:)
grudzień 18, 2007 o 11:31 am |
“Tak na serio to IMHO tego typu rzeczy nie da się zaprojektować, to musi o r g a n i c z n i e dojrzeć nie ponad, a pośród różnych środowisk.”
Absolutnie się z Tobą zgadzam, natomiast należy o tym po prostu gadac, każda instytucja powstaje jak wiemy na fundamentach kultury.